Na początku nie cieszyłam się z tego, że muszę jechać do Łodzi. W gruncie rzeczy byłam bliska tego, aby nie iść na pociąg, ale musiałam być odpowiedzialna. Po bardzo męczącej podróży i spotkaniu dziwnych osób (co zawsze mi się zdarza) wylądowałam w smutnym mieście, które będę witać co jakiś czas. Na szczęście w tym momencie już mi nie jest tak źle. Ba, nawet wyjeżdżać nie chciałam. Poznałam masę zajebistych osób, świetnie się bawiłam, odkryłam nareszcie jakieś miejsce z piwem i jedzeniem (bo generalnie część Łodzi, którą ja nawiedzam, nie ma miejsc DLA LUDZI) i w dodatku narobiłam mnóstwo zdjęć, których nie mam jeszcze, ale kolega Andrzej wrzuci je na NASZĄ GRUPOWĄ stronę i będę sobie mogła wspominać. Za tydzień znów się widzimy i tym razem ja też wezmę aparat.
Nie wiem, czy macie takich ludzi w swoim otoczeniu, ale ta paczka z którą studiuję to osoby, z którymi ciągle się śmiejesz. Nie ma takich momentów, kiedy zapada krępująca cisza, zaczynają się smęty. Wszyscy są otwarci i mam nadzieję prawdziwi. To pewnie też kwestia różnicy wieku, mimo, że nie jest ona duża to jednak powiedzmy 5-6 lat ma znaczenie niemałe. Poza tym różne historie życiowe, różne doświadczenie.
Tak właśnie wczoraj siedziałam w nocy z Kasią (traf chciał, że dostałyśmy pokój w jednym module mieszkalnym)i rozmawiałyśmy - bardzo otwarta osoba. Ja lubię,kiedy ktoś potrafi powiedzieć prosto z mostu, co mu na wątrobie leży, z czym ma problem i dlaczego czasem zachowuje się tak a nie inaczej. Nie macie tak? Ja poznałam lepiej Kaśkę, poza tym myślę, że między nami od razu zaskoczyło. Dobrze mieć taką koleżankę na roku.
Tym bardziej, że jesteśmy tylko dwie baby :D
Za tydzień Adrian chce przyjechać do Łodzi,żebyśmy spędzili wspólnie weekend. Ale wiecie co? Ja pisałam na poważnie dwa posty temu. Nie czuję tego związku, poza tym wolę spotkać się ze znajomymi niż ograniczać się tylko do jednej osoby, która momentami wyprowadza mnie z równowagi jak nikt inny do tej pory.
No tak, ja tylko o relacjach interpersonalnych, a nic o egzaminach nie wspomniałam!
Najogólniej mówiąc, angielski i psychologię zaliczyłam na wielkim lajcie. Dodatkowe punkty jakie dostałam z psychologii także się do tego przyczyniły (5 puktów na egzaminie piechotą nie chodzi). Generalnie wszystko poszło po mojej myśli.
Poźniej była logika, której nie pisałam, bo zabrakło mi 6 punktów aby podejść do zerówki. SZEŚĆ. kurwa.sześć. Poszłam na egzamin, ale nie zdawałam. A jak wyglądało zaliczenie? 5 zadań rozwiązanych NA TABLICY, a później pytanie: "no, to co chcesz z egzaminu?". Jak profesor usłyszał 4 to wstawiał 4,5, a jak 3 to mówił 3,5. Generalnie człowieka polubiłam. Mi też zaznaczył, że byłam i stwierdził, że to wielka niesprawiedliwość, że przez te 6 punktów muszę zdawać z osobami, które mają dużo większe problemy z zaliczeniem. Bywa. Ja bym pewnie miała te punkty,ale musiałam wybrać między logiką, a analizą czy fizyką.
Informatyka? PORAŻKA. Kobieta obiecywała proste zadanka, a skończyło się na oczach jak pięciozłotówki, które się wpatrywały w nią i w kartkę na przemian. Załatwiła nas niezłymi pytaniami. Nie sądzę abym zdała. Jeżeli tak się stanie to będę ZASKOCZONA. I tak za tydzień na inf nie jadę, bo nie chcę brać znów wolnego w pracy, dlatego pojadę dopiero we wrześniu.
Wcześniej wspomniane analiza i fizyka. Z analizy zaliczyłam i wiedziałam już o tym jak zobaczyłam kartkę z zadaniami. Git. Z kolei fizyka,na którą poszłam CAŁKOWICIE nieprzygotowana okazała się do przyjęcia. Nie wiem, czy ją zdałam, ale biorąc pod uwagę, że z pustką w głowie zrobiłam większość zadań, to chyba nie jest źle. Nie mówię, że są dobrze rozwiążane, ale dlaczego niby miałyby być źle zrobione? No właśnie.
I tak, z sześciu egzaminów napisałam 5, z czego jeden prawdopodobnie oblałam. Za tydzień jadę po 5 z logiki ;)
Cóż, reasumując: jestem zadowolona z pobytu w Łodzi pod każdym względem.
Samotna we własnym domu.
Co się dzieje? | 23.06.2009 :: 21:28 |
Komentuj (7)
To nie z zazdrości. Po prostu nagle poczułam, że nieważne jest to co powiem i co zrobię. Mogę nasrać na środku pokoju, a i tak usłyszę, że ładna pogoda u Pauli.
Zawsze byłam tą córcią mamusi, tą dobrą i kochaną, którą mama zabierała na miasto, kiedy starsza córka się źle sprawowała. W końcu zaczęło mi to doskwierać, wiadomo. Do tej pory Kalina uważa, że jestem mamicórką, co mnie lekko uwiera. Nie uważam się za mamicórkę, a że wyjdę z mamą na miasto raz na jakiś czas, nie znaczy jeszcze, że jestem od niej uzależniona.
W każdym razie uważam, że trzeba utrzymywać taki sam stopień zaangażowania w życie obydwojga dzieci. Jasne, nie przeszkadza mi, że mama lubi o mnie nadal myśleć jak o młodszej córce, o którą trzeba dbać i kochać ponad życie. Jest to miłe, tym bardziej, że moja mama robi to w przecudowny sposób. Jednakże od jakiegoś czasu zauważyłam, że moje życie, cele i osiągnięcia spadły na drugi plan. Liczy się tylko to, co u Pauli, co Paula powiedziała, co zrobiła. Tak jak kocham moją siostrę i wiem, że ona nie zdaje sobie nawet sprawy z sytuacji, tak wkurzam się na siebie za swoje głupie myśli.
Moja siostra miała ostatnio większe problemy. W tym momencie ja całkowicie zniknęłam. Nie ma sensu rozmowa, bo i tak w połowie zdania mama mi przerwie i powie coś o tym, co u Pauli. Dzisiaj chciałam podzielić się opowieścią o ciężkiej robocie w pracy, która nade mną wisi, ale zdążyłam jedynie wspomnieć coś, bo zaraz usłyszałam pytanie odnośnie tego, do kogo jest podobna Nara. Wyszłam z pokoju, bo po co miałam siedzieć i dalej wysłuchiwać wywodów mamy... Później pojawiły się pretensje, że z nią nie przebywam. Nie widzę sensu w tym, więc tego nie robię.
Trochę się dzieje ostatnio u mnie, w mojej głowie.
O Adrianie już nawet nie wspominam, bo wystarczy, że mama podsłucha, że z nim rozmawiam i mam wojnę w domu. Przyzwyczaiłam się, że o nim nigdy z nią nie porozmawiam.
Jednak szkoła, praca i cała reszta, to były zawsze tematy o których z mamą porozmawiać mogłam. Szukałam u niej wsparcia i rady i zawsze to odnajdywałam.
Teraz? Teraz jest inaczej. Sama sobie muszę radzić ze wszystkim, sama szukać ukojenia nerwów. Mieszkamy razem, ale jednak osobno.
Ciekawe, że w Dzień Ojca piszę o mamie.
Teraz mam gorący okres na studiach. W piątek odwiedzam Uć z nadzieją, że pozdaję wszystko w pierwszym terminie. Najbardziej boję się cholernej logiki, z którą po prostu sobie nie radzę. Muszę naprawdę przysiąść nad nią, aby cokolwiek zrozumieć, a ciężko ruszyć umysł do tak intensywnej pracy po 8h przed komputerem. Jeszcze nie mam swojego rytmu do nauki, przez co ta sesja jest taka trudna. Muszę znaleźć jakiś swój system, zanim ten brak systemu mnie zeżre.
Generalnie trochę rzygam ostatnio tym co wokół mnie. Nie mam nastroju na szukanie pozytywów. Prę do przodu, aby ta burza skończyła się jak najszybciej.